Paweł Piskoń

Nr startowy "9". Po maratonie w Zieleńcu przez tydzień "gniewałem się" na rower. Jedyne co zrobiłem, to nasmarowałem łańcuch, potraktowany wodą pod dużym ciśnieniem podczas mycia, po dotarciu na metę. Zacznę jednak od początku.
O tym szczególnym maratonie dowiedziałem się od znajomych. Wiedzieli, że od dłuższego czasu planuję start w jakimś wyścigu, ale jakoś nie mogę się zdecydować i powiedzieć w końcu: "Jadę z wami". Tym razem była niepowtarzalna okazja: odległość od miejsca zamieszkania stosunkowo niewielka, piękne tereny, niska opłata startowa i coś więcej... Okazja, aby uczestniczyć w realizacji marzenia naszego Rowerowego Brata, który musiał przedwcześnie zakończyć maraton zwany życiem...
Zdecydowałem się na start. Widząc ludzi zjeżdżających do Zieleńca czułem niezwykle miłą atmosferę. Sam byłem zestresowany z powodu debiutu, wciąż myślałem o tym, czy poradzę sobie na trasie, optymizmem też nie napawała pogoda, zaczęło lekko padać i znacznie się ochłodziło. Założyłem wszystko z ubioru co miałem ze sobą, nawet zabrałem z domu rękawiczki ocieplane (dla zasady, że biorę ze sobą wszystko co mam na rower), ale nie przypuszczałem, że będę zmuszony je założyć w sierpniu... Jednego byłem pewien - cokolwiek się stanie za kilka minut po starcie to nieważne. Liczy się to, że 24 sierpnia 2008 roku śp. Artur Filipiak zwyciężył - Jego marzenie o realizacji maratonu na swoim terenie się spełniło.
Ruszyliśmy. Czytałem, że przejazd przez Zieleniec miał być stopowany przez motocyklistów na przodzie. Może czołówkę blokowali, ale grupa, w której jechałem dawała naprawdę ostro "na blacie". Nie chcąc być gorszy rwałem do przodu, ale nie wiedziałem co mnie za chwilę czeka... podjazd, który mnie trochę zmęczył, a to dopiero pierwsze metry... no nic, po chwili zjazd ze stoku narciarskiego - fajne przeżycie, błoto spod kół zrobiło mi piękną maseczkę na twarzy (mam nadzieję, że przeczytają to moi znajomi i nie będą więcej się dziwić, że wyglądam tak młodo jak na swój wiek). Inna sprawa, że to samo błoto starło prawie całkiem klocki w moich hamulcach felgowych. Kierowałem się więc dalej zasadą, że: "kto hamuje ten przegrywa", jadąc na rowerze z prędkościami niejednokrotnie większymi, niż bym sobie tego życzył...
Wszystko szło bardzo dobrze, złapałem tempo i trzymałem się na kole gościa, który jechał całkiem nieźle (nie pamiętam numeru niestety, ale pozdrawiam i przepraszam, że żerowałem na jego energii). Niestety kamieniste zjazdy, które pokonywałem z zaskakującą nawet dla mnie samego skutecznością (mimo, że pochodzę z płaskiej jak stół opolszczyzny) skończyły się dla mnie przebiciem dętki. To był 17 kilometr, a w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka z napisem: "game over". Po jakichś 10 sekundach szoku co tu dalej robić, podjąłem w końcu męską decyzję - walczę do końca. Przejeżdżający w trakcie mojej analizy sytuacji kolarze pytali się czy mam dętkę. To było miłe i jeszcze bardziej mnie zmotywowało, żeby zabrać się "do roboty". Sytuacja wyglądała tak - wszystko upaćkane błotem, ze mną w roli głównej. Kolejna trudność to mocowanie się z taśmą, którą oblepiłem dętkę i pompkę przy sztycy. Na końcu miałem problem z pompką bo źle założyłem uniwersalny zawór (pocieszam się, że to przez stres). Po jakichś najbardziej dramatycznych 15 minutach mojego ścigania wróciłem do gry. Przyznam, że jechałem bardzo ostrożnie, w głowie tym razem zapalała się żółta lampka ostrzegawcza, przypominająca, że nie mam więcej dętek, a to przecież połowa trasy... Czułem trochę goryczy, że musiała mnie spotkać taka wątpliwa przyjemność. Najlepsze, że moja wyobraźnia podsuwała mi czarne myśli, że jestem ostatni. Rzeczywiście w swoim ślimaczym tempie jechałem samotnie jeszcze przez chwilę. Dopiero później dołączyłem do małej grupki, którą wyprzedziłem dopiero na asfalcie przed linią mety. Uff... dojechałem.
Jak się okazało za mną zostało jeszcze jakieś 30 osób. Nie miałem jednak wątpliwości, że każdy kto tego dnia zdecydował się na start był zwycięzcą. Nie są to tylko puste słowa, które piszę "pod publikę". Na trasie widziałem ludzi zmagających się ze zmęczeniem, kryzysami, upadkami na śliskim podłożu, defektami rowerów. Sam doświadczyłem tego ostatniego i mimo zajęcia odległego miejsca wiem, że wyszedłem zwycięsko z tej próby. Mogłem się wycofać i powiedzieć: "to nie dla mnie". Ja często mawiam, że: "Kolarstwo górskie to sport drobnych ludzi, ale o wielkich charakterach". Nie miałem wątpliwości, że tego dna doświadczyłem na własnej skórze, że na trasie człowiek staje się silniejszy, budzi się w nim wola do walki. Dlatego na koniec polecam każdemu start w przyszłorocznym maratonie. Ja postaram się tak zaplanować czas, aby pojawić się na linii startu w Zieleńcu za rok.
Na sam koniec chciałbym pogratulować organizacji, a także dużej życzliwości i uprzejmości osób - szczególnie Panów stojących na bufecie, strażaków myjących moją "maszynkę", a także Pań i Panów z biura zawodów.